Już na pierwszy rzut oka widać, że TCL A300 NXTVision chce być czymś więcej niż tylko zwykłym telewizorem. Oferuje tryb wyświetlania obrazów, który – w przeciwieństwie do konkurencji z Koreii, Samsunga The Frame – jest całkowicie darmowy. Do tego podobnie jak u rywali dorzucane są gratisy. W opakowaniu oprócz telewizora znajdziemy dodatkowe ramki imitujące jasne drewno oraz płaski uchwytu na ścianę, dzięki czemu telewizor faktycznie może udawać obraz z galerii. Po stronie codziennego użytkowania największe wrażenie robi system Google TV – rozbudowany, szybki i oferujący dostęp do ogromnej liczby aplikacji. A jeśli mamy ochotę wyjść z cyfrowego muzeum i wskoczyć prosto do świata gamingu, A300 potrafi nas zaskoczyć. Dwa porty HDMI 2.1, 144 Hz, VRR, ALLM i bardzo niski input lag sprawiają, że nawet wymagający gracze mogą poczuć się tu jak w domu. No... może z wyjątkiem tych, którzy są wrażliwi na smużenie – bo to nadal jedna z większych bolączek tego modelu. Są też minusy. Choć tryb obrazu jest darmowy – i to warto docenić – to sama jakość dostępnych grafik wyraźnie odstaje od tego, co oferuje np. Samsung w swoim płatnym ART Store. Wyświetlane obrazy przypominają raczej zdjęcia niż realistyczne reprodukcje dzieł sztuki. Niestety, A300 – podobnie jak konkurencyjny Hisense S7NQ – wypada tu słabo a na dodatek ma pewnego rodzaju problemy z oprogramowaniem. Jasność samego telwizora również pozostawia sporo do życzenia – to najciemniejszy telewizor z całej „ramkowej trójki”, co przekłada się na przeciętne wrażenia w ciągu dnia i ograniczony efekt HDR. Mimo wszystko TCL A300 NXTVision to całkiem sensowna alternatywa dla Samsunga The Frame czy S7NQ – szczególnie jeśli szukamy tańszego rozwiązania bez dodatkowych opłat za dostęp do trybu "galerii" i z systemem operacyjnym, który nas w żaden sposób nie ogranicza jeżeli chodzi o ilość aplikacji. Trzeba jednak pamiętać, że to propozycja z dużą ilością kompromisów. Jeśli chcemy trochę zaoszczędzić i nie oczekujemy topowej jakości obrazu, to A300 może być strzałem w obrazową dziesiątkę. W przeciwnym razie, warto zerknąć na jego konkurencję.
Pomysł na serię The One praktycznie nie zmienił się od lat i w przypadku Philipsa PQS9001 jest to jednocześnie zaleta i jego największa bolączka. Nadal dostajemy uniwersalny telewizor ze średniej półki, którego głównym wyróżnikiem jest Ambilight. Światło podążające za obrazem potrafi zmienić atmosferę wieczornego seansu i dla wielu osób będzie najważniejszym argumentem za zakupem. Trudno się temu dziwić, bo kto polubił ten efekt, często nie chce już wracać do oglądania bez niego. Sama jakość obrazu jest dobra, ale bardzo podobny poziom widzieliśmy w tej serii już w poprzednich latach. Matryca VA zapewnia przyzwoitą czerń, kolory są dobrze nasycone, a jasność wystarcza do komfortowego oglądania w typowym salonie. Szkoda jednak, że Philips nie zrobił kolejnego kroku i nie zastosował choćby prostego lokalnego wygaszania. W ciemnym pokoju widać granatową czerń, a HDR, choć zauważalny, nie robi przez to większego wrażenia. Po tylu latach obecności The One na rynku oczekiwalibyśmy czegoś więcej.
Wyraźny postęp widać za to w Titan OS. W porównaniu z poprzednim rokiem, a szczególnie z wersją sprzed dwóch lat, system stał się znacznie przyjemniejszy w obsłudze. Przybyło trochę aplikacji, poprawiono wiele drobnych funkcji i usunięto irytujące błędy, na które wcześniej narzekaliśmy. Całość działa przyzwoicie, choć znów przeszkadza nam pilot wymagający celowania w telewizor. Philips uparcie pozostaje przy podczerwieni do zwykłego sterowania, mimo że obsługa głosu korzysta z łączności radiowej. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego nie wykorzystano jej również do poruszania się po menu. The One ma też sporo do zaoferowania graczom. Cztery HDMI 2.1 i rozbudowane funkcje to jedno, ale największe wrażenie zrobił na nas czas reakcji matrycy. Nasz egzemplarz praktycznie nie smużył, nawet na ciemnych tłach, co w telewizorach LCD z matrycą VA jest rzadkością. Za to należą się Philipsowi duże brawa. Możliwość grania w 4K przy 144 Hz lub w Full HD przy 240 Hz dodatkowo zachęca do podłączenia komputera. Niestety także tutaj pozostał niedopracowany element: Dolby Vision w grach z Xboksa wiąże się z tak wysokim input lagiem.
PQS9000 pozostawia więc mieszane odczucia. Potrafi zaskoczyć świetnym ruchem i pokazuje, że Philips popracował nad systemem, ale w jakości obrazu brakuje podobnego kroku naprzód. To telewizor, który możemy polecić przede wszystkim miłośnikom Ambilightu. Jeżeli właśnie to oświetlenie przekonuje Was do Philipsa, zakup The One ma sporo sensu. Warto jednak sprawdzić, czy w podobnej cenie nie znajdziecie modelu Mini LED z dobrym lokalnym wygaszaniem, który zaoferuje głębszą czerń i bardziej efektowny HDR. Wtedy pozostaje zdecydować, co jest dla Was ważniejsze: klimat tworzony przez Ambilight czy lepsza jakość samego obrazu.