Patrząc na podobne wyniki w zakresie czerni i kontrastu, spodziewaliśmy się równie stabilnej formy jak w zeszłorocznym modelu jeżeli chodzi o treści HDR. Niestety – i to trzeba powiedzieć wprost – tutaj pojawił się regres, którego trudno nie zauważyć. Paradoks polega na tym, że sama jasność szczytowa Bravii 5 potrafi robić wrażenie: w naszych testach syntetycznych telewizor wyciągnął około 1000 nitów w HDR. Brzmi świetnie, prawda? Problem w tym, że ta moc nie zawsze ma realne przełożenie na wszystkie sceny filmowe. Gdy na ekranie pojawiają się drobne, punktowe elementy, coś, co w przypadku Sony zazwyczaj było dopracowane z chirurgiczną precyzją, tym razem wyraźnie kuleje. Algorytmy starają się zachować głęboką czerń wokół małych obiektów, ale efekt uboczny jest taki, że detale bywają przygaszone do tego stopnia, że stają się ledwo widoczne. Wystarczy przywołać przykład filmu Sicario 2 – tam w niektórych scenach niewielkie źródła światła praktycznie ginęły, jakby ktoś zakrył je ciemną folią.
Oczywiście nie wszystko wygląda tak dramatycznie. W prostszych, jaśniejszych scenach, w których obraz wypełniony jest większą ilością światła, Bravia 5 pokazuje, że potrafi błyszczeć: dosłownie i w przenośni. Wtedy telewizor osiąga wartości w zakresie 600–800 nitów, co widzieliśmy zarówno w testach syntetycznych, jak i podczas seansów filmowych. Wrażenie jest naprawdę pozytywne, jasność dodaje dynamiki, a kolory prezentują się żywo i świeżo. Pozostaje jednak pewien dysonans. Czujemy lekkie zmieszanie, bo ewidentnie coś poszło nie w tę stronę, w którą powinno. Postęp technologiczny – większa ilość stref, większa moc podświetlenia – nie został wsparty tak dopracowanym zarządzaniem obrazem, jakie zwykle kojarzymy z Sony. Na szczęście są elementy, które nie zostały pogorszone, a wręcz stoją na bardzo wysokim poziomie. Mowa o odwzorowaniu barw. Dzięki zastosowaniu filtra PFS, pokrycie palety kolorów jest znakomite – około 97% DCI-P3 i 75% BT.2020. To wartości, które pozwalają na naprawdę szerokie odwzorowanie barw, nadające filmom naturalność i filmowy charakter.
Co ciekawe, nowa matryca WOLED SE przyniosła serii S85 lekką poprawę także pod względem jasności. W tych samych scenach filmowych zeszłoroczny model trzymał się bliżej około 700 nitów, natomiast S85H potrafi dojść już do okolic 800 nitów. Nie jest to oczywiście zmiana, która całkowicie odmienia odbiór HDR, ale ten dodatkowy zapas jasności czuć szczególnie przy punktowych światłach, refleksach czy mocniejszych efektach specjalnych. Około 800 nitów to już bardzo dobry wynik jak na podstawowego OLED-a i w większości filmów wystarczy, żeby HDR miał odpowiednią siłę. Jasne elementy potrafią wyraźnie odcinać się od idealnej czerni, a właśnie ten kontrast nadal robi tutaj największą robotę. Trzeba jednak pamiętać o typowym ograniczeniu technologii organicznej. Gdy na ekranie pojawia się bardzo jasna scena zajmująca dużą część obrazu, jasność potrafi spaść niemal dwukrotnie. To efekt działania zabezpieczeń panelu, które ograniczają jego moc przy dużych jasnych powierzchniach.
Kolory
S85H potrafi pokazać bardzo przyjemne, nasycone kolory i w większości filmów HDR wygląda pod tym względem naprawdę dobrze. Zmierzyliśmy około 95% pokrycia DCI-P3, więc paleta najczęściej wykorzystywana w filmach jest tutaj odwzorowana w bardzo dużym stopniu. Skóra, zieleń czy mocniejsze czerwienie nadal mają odpowiednią intensywność i przy normalnym oglądaniu trudno mieć do nich większe zastrzeżenia. Dopiero kiedy spojrzymy szerzej na BT.2020, widać ograniczenia nowej matrycy OLED SE. Pokrycie wyniosło około 70%, czyli trochę mniej niż w WOLED-ach poprzedniej generacji i wyraźnie mniej niż w panelach QD-OLED. W filmach nie jest to jednak duża strata, bo większość produkcji rzadko wykorzystuje aż tak mocno nasycone barwy. Częściej można to zauważyć w grach, gdzie twórcy znacznie chętniej sięgają po bardziej intensywne kolory.